homolove blog

Twój nowy blog

Życie dogoniło fikcję. Już od dłuższego czasu wiedziałem, że nie jestem anonimowy. Myślałem, że można tu od czasu do czsu wrzucić jakąś notkę… starałem się pisać lekko i raczej nie pluć jadem… nic z tego… kwasy sie zrobiły a mściwa ręka ciotowiska dosięgnęła i homola…

Kiedy znalazłem się w szpitalu, zdezertowały 3 ważne osoby w moim życiu… aktualny chłopak, były (podobno przyjaźniliśmy się) i najlepszy przyjaciel od 12 lat… Spokojnie można powiedzieć, że moj świat runął… a tu jeszcze brak zdrowia…
10 miesięcy temu myślałem, że mam fajne życie wśród ludzi których kocham lub lubię, a oni czują to samo… Banalna choroba zmyła tę fikcję. Poza stwierdzeniem, że „ludzie to jednak świnie” trzeba się zastanowić DLACZEGO tak się stało? I w końcu, być może kilkanaście lat za późno, wylądowałem na kozetce u terapeuty. Jeśli terapeuta jest dobry, może zdzaiałać cuda. Pomóc zrozumieć, dlaczego właśnie otoczyłem się takimi, a nie innymi ludźmi. Czasem gęba opada jak kopara, ale warto… 
Niestety są tu opisy jak krzywdziłem ludzi. Sam byłem krzywdzony. Na tym też polega bycie wśród ludzi. Chodzi o to jednak, żeby krzywdzić jak najmniej, a starać się troszczyć o bliskie osoby. Być może banał, ale w codziennym życiu to nie takie oczywiste. Kiedy jednak masz do czynienia z fałszem i zazdrością i całą furą złych emocji, to chyba nie ma szans na nic.
A Homol? 
Chyba staje się innym człowiekiem… zafundował sobie najgorszy kryzys w dorosłym życiu… ale tak, to było na własne życzenie…
Czas dorosnąć Homol.

Mały jest zdruzgotany. Dopiero kiedy wsiąkł, zaczął liczyć. Matematyka nigdy nie była jego mocną stroną. 

„Kurde, to jest przecież 20 lat różnicy! Jak ja mogłem być taki bezmyślny. Teraz już za późno…”
Homol zaczął myśleć. 
„Fakt, kiedy ja będę miał 70, to ty będziesz miał 50.
Kurde, to ty stara dupa będziesz…
Wypierdalaj…”

Hehe, ale pojechałem ostatnio. Mam na myśli ostatnią notkę. No more Brian. Ale też: no more maleństwo. I już.

Nadeszła próba z dziedziny „na dobre i na złe”. Dobre były 2 lata. Prawie. A kiedy przyszło „złe” to maleństwo dezertuje na całej linii.

A mnie się nie chce tłumaczyć go paskudnym dzieciństwem. Było super. Ale nadszedł termin przydatności, Koniec.

Będzie lepiej.

Mija 20 miesięcy.

Burzliwych, a jakże.

Szczęśliwych.

Bardzo.

Niedowiary.

W tzw. międzyczasie Brian z QAF pojawił się w „Gotowych na wszystko”. Jezu jakie chuchro. Patrzę na mojego: kiedy waga mu spada poniżej 100 kilo, buźka układa się w podkówkę i wygląda jak mega nieszczęściei. Kiedy zbliża się do 110 – bunia uśmiechnięta i jeszcze mocniej pracuje. Nie wiem jak i dlaczego, ale z każdym facetem pojawiały się w kuchni ogromne baniaki i cysterny jakichś podejrzanych prochów i preparatów białkowych, węglowodanowych, ulepszaczy, przyspieszaczy itp. Pamiętam niektórych, co mówili, że muszą nabrać masy, a potem zabiorą się za rzeźbę. Niestety – najczęściej zatrzymywali się na tym pierwszym etapie i do rzeźbienia nigdy nie dochodzili… Brian jest zdecydowanie wyrzeźbiony i chwała mu za to.

Na niedawnym urlopie ze znajomymi dostał nową ksywkę. Kiedy to zaspane dwumetrowe i stukilowe bydlę nie pojawiało się na śniadaniu, wszyscy pytali, co takiego zrobiłem „maleństwu”.

I tak zostało. No more Brian. Plenty of „Maleństwo” from now on.
Matko. Maleństwo rymuje się z „Szaleństwo”. Coś w tym jest.
Walczymy dalej.

Sala KOngresowa, poniedziałek 29.03.2010. Warto było być.
Jedną lub dwie wymieniłbym na inną Halinę i Zdzisławę, ale i tak było ok.
Zresztą im mniejszy głosik, tym szykowniejszy strój, więc branża bardzo zadowolona.
A Krysię to po prostu po nogach całować i pieścić do utraty tchu, bo tak czysto i pięknie, to już chyba nikt nie śpiewa.
Howgh!

Maggie My

11 komentarzy

Lotnisko Bemowo, sobota, 15.08.2009, godz 21.20. I slowo cialem sie stalo. Madzia wjechala na tronie na scene, mrugnela okiem i dala popis 120 mniut workoutu. Jak na 51 lat calkiem niezle, z naciskiem na „jak na”.
Przy calym podziwie dla energii i woli, (ze tez sie jej jeszcze chce?) widz byl narazony na slaby material z plyty „Hard Candy”, ogladanie 51 letniej matrony w roli nastoletniej lolitki w legginsach i mini-mini przy koszmarnych wersjach wczesnych piosenek jak „Holiday”, „Into the grove” czy raczej koszmarnej „Dress you up”. Niestety zadnej piosenki z „Confessions…” Nie da sie zrobic dorego koncertu bazujac na slabej plycie niestety.
Totalny brak kontaktu z publicznoscia. Proba zaspiewania „Happy Birthday” i „Sto lat” przez publicznosc zakonczona raczej sromotna kleska. Po piewrwse nasz narod do muzykalnych nie nalezy, pozatym kiedy lewa strona zaczynala, to prawa wlasnie konczyla a pojedyncze osoby probowaly wlaczyc sie do spiewania. W tym samym czasie Madzia siedziala z gitara w reku z mina pt „what the fuck is going on???” Maszyna zaprogramowana na to, ze w 45 minucie kncertu ma wierzgnac prawa noga nie byla zadowolona, ze ktos jej rozwala grafik. W koncu patetyczne zapewnienia, jak bardzo odmienilismy jej zycie i umozliwilismy jej dreczenie siebie i nas juz ponad 30 lat. Bisow nie bylo, za to totalny brak komunikacji z Bemowa do centrum zapewnil niezapomniane przezycia kiedy 80.000 ludzi probowalo dostac sie do 2 tramwajow i 3 autobusow, z ktorych jeden nie zabieral pasazerow bo byl to przejazd techniczny. Brawo.

Potem afterek w Toro i Utopii i spokojny sen od 8 rano. Wszystko razem z Brianem.

(z opisu chyba jasno wynika, ze koncert sie podobal?)

Pół roku

11 komentarzy

Trochę świerzbi tak wiosennie, żeby coś napisać.

Minęło już 6 miesięcy z Mr. B. Ja wiem, że się nie nadaję do wspólnego mieszkania, ale pewnie właśnie dlatego zawsze ląduję z aktualnym facetem we wspólnym mieszkaniu. Ja tym facetom nie zazdroszczę. Ale sam się męczę. W ostatnim tygodniu doprowadziłem Mr. B. do furii co najmniej ze 3 razy. Robił sie czerwony na twarzy i krzyczał tak, że pół naszej ulicy wie, że 2 pedały mają intensywne życie uczuciowe w centrum Warszawy. Notuję jednak z satysfakcją, że jeśli jeszcze krzyczy, to widać mu jeszcze zależy.

Kilka dni temu usłyszałem, że czasem bardzo chciałby odejść, ale nie potrafi. Boższzz… kiedy ktoś mówi, że chce odejść, to ja natychmiast pakuję takiemu walizki. Im bardziej kocham, tym szybciej pakuję i udaję, że robię to z dziką radością. Na ewentualne łzy przyjdzie czas potem, kiedy nikt nie będzie widział.

Następnego dnia mówi, że był przerażony tym, jak łatwo rezygnuję i nic a nic nie walczę. To prawda. A teraz poproszę o Oskara TM.

Po 6 miesiącach zaczynam wierzyć, że może nam się uda. Coś, co w teorii nie miałoby szans może się okazać trwalsze niż inne, bardziej prawdopodobne konstelacje.

W weekend przeczytałem w Rzepie wywiad z prof. M. Środą. Od dawna ją cenie i lubię, a terz jeszcze bardziej. W przeciwieństwie do potłuczonej dosłownie i w przenośni Ani Fotygi, której zamiast błyszczeć w ONZ poleciłbym kurs jazdy na rowerze.

Cicho siedzę, bo … sielanka. Sielanka do tego stopnia, że pojechaliśmy na drugą półkulę do kraju granatowych karłów i znowu miałem cudne wakacje. Dwumetrowy i stukilowy blondyn oczywiście zrobił furorę i karzełki wpatrzone były w to ogromne cudo. Na szczęście kolos ma inne upodobania, więc wakacje bardzo udane. Najśmieszniej wspominam mecz siatkówki, gdzie Brian z grupką tubylców odbijał piłkę. Nie było to łatwe zadanie, skoro siatka wisiała na wysokości pępka a większość akcji odbywała się w przykucu. Ja oczywiście od piłki trzymałem się z daleka, a co się uśmiałem, to moje :)

Nawiedziła nas bestyja. Oczami świeci jak latarnia i mam wrażenie, że najchętniej wyrzuciła by mnie z sypialni i zajęła moje miejsce. Ciemna stroną życia rodzinnego jest, to, że bestyja wcale nie ma ochoty wracać do siebie. Przebywa u nas już tydzień, a końca nie widać. Brian zdaje egzamin na pięć, więc pewnie cd. nastąpi…

Happy New?

3 komentarzy

Długo nie było notek.

Wyglądałyby mniej więcej tak:

Poniedziałek: szczęśliwy.
Wtorek: przeszczęśliwy.
Środa: Magdalena.
Czwartek: zadowolony.
Piątek: ekstatycznie przeszczęśliwy.

itd…

Kończy się 2008. Bardzo ważny i najlepszy od lat. Mam nadzieję, że ten nowy i kolejne będą nie gorsze. Czego wszystkim życzę.

KFC

5 komentarzy

Wiosną pojawił się w notkach Kochany Facet. Nazwijmy go Czaruś. I już skrót gotowy: KFC. Kochany Facet Cezary. Składniki świetne, tylko efekt jakiś fast foodowy.

Jak to jest spotykać się z exem? Były wielkie nadzieje i plany a skończyło się z cichym westchnieniem ulgi. Na szczęście bez awantur, bardziej w zrezygnowanej zgodzie.

Pierwsze spotkanie. U niego. Cmok cmok i „Ciąge strasznie mi się podobasz, ale sie już nie bzykniemy. Wiesz dlaczego?”
Powodów może być tysiąc, ale ten, który usłyszałem przypomina dlaczego już nie jestesmy razem…
„Obiecałem Basi” (terapeutce)
Opróżniając kolejne butelki wina słyszę o zmasowanych podbojach KFC. Czuję się dziwnie. W ciągu dwóch tygodni zaliczył pół tuzina kolesi, a nawet okazjonalną laskę. Jak to jest? To on naciskał na monogamię, wyłączność i ekskluzywność. Jak to się ma do jego wygłodzenia sexualnego?

A ja? Tylko 2. Ten pierwszy to byłby idealny fuck buddy. Nieinwazyjny. Idealnie sprawny. Takie świetne uzupełnienie życia w pojedynkę. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie pojawił się ten drugi… Pierwsza liga. Extra klasa. Brian Kinney.

I w łeb wzięły wszystkie plany na wyciszenie. Żałoba po tym, co miało byc , a nie wyszło. Rozsądne układanie sobie życia na nowo. Brian sie pojawił, wziął krótko za mordę i tak trzyma już drugi miesiąc.

Pytanie tylko, jak można dać się omotać komuś zaledwie miesiąc po porażce najpoważniejszej próby z facetem swojego życia?
Odpowiedź całkiem prosta: wśród tej połowy tuzina znalazł się jeden znajomy, który nie znał KFC. Z jego opowieści jasno wynikało, że miał przyjemność się z nim puknąć. Dotąd wszystko ok. Niestety KFC opowiadał o swoim byłym, ale nic, z tego , co mówił nie pasowało do mnie. To był jego były sprzed roku. A więc ten wielki plan nie mógł się udać. Byłem tylko odskocznią, lekarstwem na złamane serce KFC. Czego tu żałować?

Wyobrażam sobie, jakbym sie czuł, gdyby nie pojawił się mr. Kinney. Tradycyjnie jednak widzę same korzyści. Z KFC przerobiłem sprawę monogamii (tak, warunek konieczny w związku – chodzi o wzajemny szacunek partnerów). Awantury o profile na portalach gejowskich (już nie mam). Gdyby nie KFC, to prawdopodobnie zraziłbym BK po 3 randkach. Zamiast tego, koncentrujemy się na sobie.

Jest jedna niesamowita rzecz: miałem cudowny czas z KFC, to było coś lepszego od wszystkiego, co spotkało mnie wcześniej. Dlaczego więc, to, co przeżywam z BK totalnie przyćmiewa doświadczenia z KFC? Słowo „kocham” nabrało zupełnie innego znaczenia niż kilka miesięcy temu. Zasypiając w wielkim uścisku teraz dociera do mnie myśl „aha, więc to tak jest NAPRAWDĘ …”


  • RSS