|
|
|
2009 |
Maggie My Lotnisko Bemowo, sobota, 15.08.2009, godz 21.20. I slowo cialem sie stalo. Madzia wjechala na tronie na scene, mrugnela okiem i dala popis 120 mniut workoutu. Jak na 51 lat calkiem niezle, z naciskiem na "jak na". Przy calym podziwie dla energii i woli, (ze tez sie jej jeszcze chce?) widz byl narazony na slaby material z plyty "Hard Candy", ogladanie 51 letniej matrony w roli nastoletniej lolitki w legginsach i mini-mini przy koszmarnych wersjach wczesnych piosenek jak "Holiday", "Into the grove" czy raczej koszmarnej "Dress you up". Niestety zadnej piosenki z "Confessions..." Nie da sie zrobic dorego koncertu bazujac na slabej plycie niestety. Totalny brak kontaktu z publicznoscia. Proba zaspiewania "Happy Birthday" i "Sto lat" przez publicznosc zakonczona raczej sromotna kleska. Po piewrwse nasz narod do muzykalnych nie nalezy, pozatym kiedy lewa strona zaczynala, to prawa wlasnie konczyla a pojedyncze osoby probowaly wlaczyc sie do spiewania. W tym samym czasie Madzia siedziala z gitara w reku z mina pt "what the fuck is going on???" Maszyna zaprogramowana na to, ze w 45 minucie kncertu ma wierzgnac prawa noga nie byla zadowolona, ze ktos jej rozwala grafik. W koncu patetyczne zapewnienia, jak bardzo odmienilismy jej zycie i umozliwilismy jej dreczenie siebie i nas juz ponad 30 lat. Bisow nie bylo, za to totalny brak komunikacji z Bemowa do centrum zapewnil niezapomniane przezycia kiedy 80.000 ludzi probowalo dostac sie do 2 tramwajow i 3 autobusow, z ktorych jeden nie zabieral pasazerow bo byl to przejazd techniczny. Brawo. Potem afterek w Toro i Utopii i spokojny sen od 8 rano. Wszystko razem z Brianem. (z opisu chyba jasno wynika, ze koncert sie podobal?) homolove 2009-08-17 17:40:08 skomentuj (11) Pół roku Trochę świerzbi tak wiosennie, żeby coś napisać. Minęło już 6 miesięcy z Mr. B. Ja wiem, że się nie nadaję do wspólnego mieszkania, ale pewnie właśnie dlatego zawsze ląduję z aktualnym facetem we wspólnym mieszkaniu. Ja tym facetom nie zazdroszczę. Ale sam się męczę. W ostatnim tygodniu doprowadziłem Mr. B. do furii co najmniej ze 3 razy. Robił sie czerwony na twarzy i krzyczał tak, że pół naszej ulicy wie, że 2 pedały mają intensywne życie uczuciowe w centrum Warszawy. Notuję jednak z satysfakcją, że jeśli jeszcze krzyczy, to widać mu jeszcze zależy. Kilka dni temu usłyszałem, że czasem bardzo chciałby odejść, ale nie potrafi. Boższzz... kiedy ktoś mówi, że chce odejść, to ja natychmiast pakuję takiemu walizki. Im bardziej kocham, tym szybciej pakuję i udaję, że robię to z dziką radością. Na ewentualne łzy przyjdzie czas potem, kiedy nikt nie będzie widział. Następnego dnia mówi, że był przerażony tym, jak łatwo rezygnuję i nic a nic nie walczę. To prawda. A teraz poproszę o Oskara TM. Po 6 miesiącach zaczynam wierzyć, że może nam się uda. Coś, co w teorii nie miałoby szans może się okazać trwalsze niż inne, bardziej prawdopodobne konstelacje. W weekend przeczytałem w Rzepie wywiad z prof. M. Środą. Od dawna ją cenie i lubię, a terz jeszcze bardziej. W przeciwieństwie do potłuczonej dosłownie i w przenośni Ani Fotygi, której zamiast błyszczeć w ONZ poleciłbym kurs jazdy na rowerze. homolove 2009-04-23 21:29:34 skomentuj (9) My life with Brian Cicho siedzę, bo ... sielanka. Sielanka do tego stopnia, że pojechaliśmy na drugą półkulę do kraju granatowych karłów i znowu miałem cudne wakacje. Dwumetrowy i stukilowy blondyn oczywiście zrobił furorę i karzełki wpatrzone były w to ogromne cudo. Na szczęście kolos ma inne upodobania, więc wakacje bardzo udane. Najśmieszniej wspominam mecz siatkówki, gdzie Brian z grupką tubylców odbijał piłkę. Nie było to łatwe zadanie, skoro siatka wisiała na wysokości pępka a większość akcji odbywała się w przykucu. Ja oczywiście od piłki trzymałem się z daleka, a co się uśmiałem, to moje :) Nawiedziła nas bestyja. Oczami świeci jak latarnia i mam wrażenie, że najchętniej wyrzuciła by mnie z sypialni i zajęła moje miejsce. Ciemna stroną życia rodzinnego jest, to, że bestyja wcale nie ma ochoty wracać do siebie. Przebywa u nas już tydzień, a końca nie widać. Brian zdaje egzamin na pięć, więc pewnie cd. nastąpi... homolove 2009-02-05 18:56:04 skomentuj (2) Happy New? Długo nie było notek. Wyglądałyby mniej więcej tak: Poniedziałek: szczęśliwy. Wtorek: przeszczęśliwy. Środa: Magdalena. Czwartek: zadowolony. Piątek: ekstatycznie przeszczęśliwy. itd... Kończy się 2008. Bardzo ważny i najlepszy od lat. Mam nadzieję, że ten nowy i kolejne będą nie gorsze. Czego wszystkim życzę. homolove 2008-12-31 12:17:49 skomentuj (3) KFC Wiosną pojawił się w notkach Kochany Facet. Nazwijmy go Czaruś. I już skrót gotowy: KFC. Kochany Facet Cezary. Składniki świetne, tylko efekt jakiś fast foodowy. Jak to jest spotykać się z exem? Były wielkie nadzieje i plany a skończyło się z cichym westchnieniem ulgi. Na szczęście bez awantur, bardziej w zrezygnowanej zgodzie. Pierwsze spotkanie. U niego. Cmok cmok i "Ciąge strasznie mi się podobasz, ale sie już nie bzykniemy. Wiesz dlaczego?" Powodów może być tysiąc, ale ten, który usłyszałem przypomina dlaczego już nie jestesmy razem... "Obiecałem Basi" (terapeutce) Opróżniając kolejne butelki wina słyszę o zmasowanych podbojach KFC. Czuję się dziwnie. W ciągu dwóch tygodni zaliczył pół tuzina kolesi, a nawet okazjonalną laskę. Jak to jest? To on naciskał na monogamię, wyłączność i ekskluzywność. Jak to się ma do jego wygłodzenia sexualnego? A ja? Tylko 2. Ten pierwszy to byłby idealny fuck buddy. Nieinwazyjny. Idealnie sprawny. Takie świetne uzupełnienie życia w pojedynkę. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie pojawił się ten drugi... Pierwsza liga. Extra klasa. Brian Kinney. I w łeb wzięły wszystkie plany na wyciszenie. Żałoba po tym, co miało byc , a nie wyszło. Rozsądne układanie sobie życia na nowo. Brian sie pojawił, wziął krótko za mordę i tak trzyma już drugi miesiąc. Pytanie tylko, jak można dać się omotać komuś zaledwie miesiąc po porażce najpoważniejszej próby z facetem swojego życia? Odpowiedź całkiem prosta: wśród tej połowy tuzina znalazł się jeden znajomy, który nie znał KFC. Z jego opowieści jasno wynikało, że miał przyjemność się z nim puknąć. Dotąd wszystko ok. Niestety KFC opowiadał o swoim byłym, ale nic, z tego , co mówił nie pasowało do mnie. To był jego były sprzed roku. A więc ten wielki plan nie mógł się udać. Byłem tylko odskocznią, lekarstwem na złamane serce KFC. Czego tu żałować? Wyobrażam sobie, jakbym sie czuł, gdyby nie pojawił się mr. Kinney. Tradycyjnie jednak widzę same korzyści. Z KFC przerobiłem sprawę monogamii (tak, warunek konieczny w związku - chodzi o wzajemny szacunek partnerów). Awantury o profile na portalach gejowskich (już nie mam). Gdyby nie KFC, to prawdopodobnie zraziłbym BK po 3 randkach. Zamiast tego, koncentrujemy się na sobie. Jest jedna niesamowita rzecz: miałem cudowny czas z KFC, to było coś lepszego od wszystkiego, co spotkało mnie wcześniej. Dlaczego więc, to, co przeżywam z BK totalnie przyćmiewa doświadczenia z KFC? Słowo "kocham" nabrało zupełnie innego znaczenia niż kilka miesięcy temu. Zasypiając w wielkim uścisku teraz dociera do mnie myśl "aha, więc to tak jest NAPRAWDĘ ..." homolove 2008-12-13 11:43:55 skomentuj (5) Róże Gali 2008 Atrakcją był niewątpliwie plagiat roku. Jest taka polska grupa pod nazwą FEEL, której wokalista cierpi na jakieś chyba bolesne zatwardzenie. Nagrali oni coś w rodzaju piosenki i nazwali ją "A gdy już jest ciemno". Leci to mniej więcej tak: W 1987 roku jakieś amerykańskie beztalencie bezczelnie nagrało polską piosenkę i jeszcze umieściło ją w soudtracku filmu z... Meryl Streep właśnie. A fe Carly Simon. Fe. homolove 2008-11-21 19:56:53 skomentuj (2) Trójkąt Kiedy pochwalił się, że chodzi na terapię, pomyślałem: super! Nareszcie koniec ery troglodytów. Nareszcie facet, który wsłuchuje sie w siebie, innych, świadomie kształtuje relacje... spodziewałem sie wiele. Czasem troche dopytywałem się o techniczne szczegóły, ogólnie dopuszczając perspektywę, że sam kiedyś może wyląduję na kozetce, że może terapia da mi kopa w odpowiednim kierunku i będzie jakiś cudowne dolce vita a nie dolce gabbana. Nie chciał za bardzo mówić, co sie tam dzieje na sesjach, szybko zrozumiałem, że terapeutka to jedna z najważniejszych osób w jego życiu. Pamiętam jak w czerwcu przyszedł z terapii z lękiem w oczach. Basia (terapeutka) idzie na 3 tygodnie urlopu w sierpniu... Lato upłyneło w cieniu wielkiego zagrożenia. Nasz urlop planowany pod kątem Basi. Najlepiej wyjazd 6 dniowy, żeby nie opuścic zadnej sesji. Potem przeliczanie cen produktów na koszty sesji. Zajebisty but za 5 stów, to 5 sesji. bilet na koncert to 2 sesje, a obiad na mieście to 1 sesja. Traktowałem to jako uroczą fanaberię i śmiałem się z tego... Kiedyś sam tak miałem, kiedy wszystko przeliczałem na ceny płyt. Najpierw winyli, a potem CD. Od jesieni radość w domu była wielka, bo zaczną sie 2 sesje tygodniowo. Byłem świadkiem rozmowy z koleżanką psycholożką, kiedy sie licytowali kto więcej chodzi (koleżanka 3 sesje tygodniowo) i kto głębiej się dokopuje w swojej podświadomości. Kiedy zostałem oskarżony o to, że jestem zazdrosny o Basię, to osłupiałem. Do głowy by mi nie przyszło. Podobno jest etap w terapii, kiedy do głosu dochodzi własne JA i własne potrzeby. Wszystkie przewinienia rodziców i otoczenia, którzy miażdżyli nasze ego są ujawniane i rozpracowywane. Następuje jakieś objawienie, części układanki zaczynają pasować i można zacząć budować swoje życie w zgodzie ze sobą i swoimi potrzebami, w harmonii z otoczeniem. Po kilku miesiącach razem zauważyłem, że niektórzy zatrzymują się na tym etapie i koncentrują się na krzywdach doznanych od otoczenia. Najwyższą wartościa staje się "zadbanie o siebie", a reszta nich radzi sobie jak może najlepiej. Ta lekcja trwała kilka miesięcy. Na moich oczach najczulszy Romeo przekształcił się w "Material Girl". Tak zreszta mówił sam o sobie. A ja już tylko chciałem, żeby już sobie wziął, co tam chciał i sobie po prostu poszedł. Wiedza zdobyta w 2008 powoduje, że gdy spotykam nowego potencjalnego podczas pierwszej lub drugiej randki pada niewinne pytanie "Czy chodzisz na terapię?" Odpowiedź negatywna umożliwia przejście do następnego etapu... Niezłym komentarzem do opisanego zjawiska jest film "Serce nie sługa" (oryg. "Prime") z Meryl Streep jako terapeutką. Co ta kobieta wyprawia z koralami to po prostu obłęd... homolove 2008-11-19 12:05:23 skomentuj (6) |
wetdreams men of OZ czyściochy sit on my face & tell me that you love me homolove@o2.pl trójmiejski gang-bang szeherezada "Cats" (german version) technet-e. czy te oczy mogą kłamać? psotnica bardzo miło mieć penisa (tylko gdzie?) MOLOKO najlepszy koncert w życiu, Wawa 29.05.2004 bosska Roisin Czyta się Paw królowej ile można wypominać Bogu, że ma brudne paznokcie? Homo Faber mocne Samobójczynie - Jeffrey Eugenides Virgin Suicides czyli Lisbon Story - inaczej "Mag" John Fowles wciągające strefa chlloutu asfalt kręcioły nothomolife target ostre spojrzenie z Sears Tower generau sztabowy kącik literacki minimal fan malarki Brodzik, antyliberał, antyfeminista i antypedał - pan Anty hipka dredy, Fisz, dobry gust kylie standing power kalina kobieta, która woli byc niemoralna niż idiotycznie nieszczęśliwa uwolnij książkę! bookcrossing homolife ja-jebie doktor. aktyw. afrodyzjak. Chariot no rydwany ognia po prostu :) Osiecki neoromantyk polcard tescowdupejebane. rewelacja! byku :-) xell radio nie-ma-ryja kXerXes konkurencja tesco piernik ciasto z miodem i korzeniami ahuj ogród rozkoszy cd. drewno co robi 3 gejów w lesie? gejowski nie-obojetność peep pieróg mu się zmarszczył... 2 rivers with an arm aikidoka , jogger i jogin w jednym sommer expresowy chłopak, wie, co to Banderas! taxus sympatyczny Łodzianin 2 sepik sympatyczny Łodzianin aktywny złote myśli trzaskprask spacerki po Warszawie tegobloganiema a jednak jest! no i pikczersy! rumburak nieSaturnin ;-) thornby nie ma takiego miasta! cristoforo queer śpiewający przyjaciel Sitting in the Dark Ale kino! |